Skip to content

Modny Tydzień, część 4 (choć może bardziej 3) – Mediolan.

W moim prywatnym odczuciu mediolańskie pokazy są zwykle najbardziej „osobne”. Choć istnieje zawsze jakaś część wspólna (najczęściej zaskakująca, jak przykłady którymi za chwilę się posłużę), to trudno wyobrazić sobie kobietę, która mogłaby z jednakową pewnością siebie obnosić modele z różnych kolekcji włoskich projektantów. Kobietę „mediolańską” wyobrażam sobie jako dość ostentacyjną, ale gatunki ostentacji prezentowane przez czołówkę mediolańskiego Tygodnia Mody są tak zróżnicowane, że nie wyobrażam sobie ich w jednej szafie.

Absolutny brak konsekwencji kolorystycznej, dzikość nadruków czerpiących żywcem z fauny i flory (których odważyłam sie nie pokazywać;) i nieco wyuzdana kobiecość ( w wersjach boho, disco i kilku innych) to elementy przeważające na wybiegach Mediolanu w sezonie Wiosna/Lato 2012. Nie dało się jednak nie zauważyć pewnych prawidłowości.

Jeżeli wcześniej pisałam o głębkich dekoltach, moje spostrzeżenia były iście purytańskie. Głębooookie dekolty pokazał nam Mediolan:

Etro/Gucci/Ferragamo/Marni/G.Armani; photos via Vogue.com

 

Trend widoczny w stopniu bardzo umiarkowanym na wybiegach NYC i Londynu (Paryż w cudowny sposób uniknął zakażenia) objawił sie z pełną siłą w Mediolanie. Frędzle ( cóż za okropne słowo, barbarzyńskie ;) pojawiły sie w niemal każdej znaczącej kolekcji ( przy czym niektóre kolekcje były wręcz wokół nich zbudowane):

Etro/Ferragamo/Versace/Gucci/Moschino; pictures via Vogue.com

 

Absolutnie wyjątkowy w tym sezonie mediolańskim był zachłyst odkrytym brzuchem ( znikome, całkiem nietrendotwórcze przypadki pojawiały sie oczywiście na wybiegach innych stolic mody, widok żeber i pępków spowszedniał natomiast całkiem na włoskiej ziemii):

Prada/Versace/Missoni/Cavalli/Dolce&Gabbana; photos via Vogue.com

 

Pisałam juz wcześniej o obniżeniu stanu, przeniesieniu środką ciężkości z rzeczywistego pasa nieco niżej. Zapowiedzi tego trendu pojawiały się już w Nowym Jorku i Paryżu (Londyn w znacznej większości utrzymał talię w talii), natomiast zdecydowana zmiana nastąpiła własnie w Madiolanie. Modernizacja stylu lat 20tych w niektórych przypadkach była wręcz umowna (Gucci, Etro, Cavalli), choć pojawiały się całkiem „dzisiejsze” kreacje zorientowane wokół bioder:

Bottega Veneta/Cavalli/Etro/Gucci/Max Mara; photos via Vogue.com

Do zobaczenia

Najbardziej znaczące pokazy w branży mamy juz za sobą. To one będą narzucać trendy zarówno magazynom mody jak i sieciowym sklepom odzieżowym. Nic nie cieszy mnie jednak tak jak fakt, że juz za dwa tygodnie będę wraz z resztą ekipy Ultra Zurnala obserwować najnowsze poczynania polskich projektantów. Wrażenia wzrokowe i (wreszcie!) dotykowe będę przekazywać zarówno tu jak i na stronach ULTRA. Do poczytania w takim razie, z okazji Fashion Philosophy Fashion Week Poland.

 

Reklamy

Modny Tydzień, część 3 (ale trochę 4) – Paryż

Ponieważ najważniejsze w branży Tygodnie Mody  mamy już za sobą a Mediolan nie ułożył mi się jeszcze do końca w spójny obraz — dziś to co udało mi sie wyłuskać po wielokrotnym przejrzeniu  niezawodnie i wieloźródłowo uaktualnianych fotograficznych raportów on-line z wybiegów Paryża.

Przede wszystkim, tradycyjnie, propozycje paryskich projektantów w bardzo nieznacznym stopniu miały na uwdze fakt, że dzisiejsze kobiety to profesjonalistki, niekoniecznie natomiast profesjonalistki w branży modowej. Kobieta wymyślana w sezonu na sezon w Paryżu raczej nie pracuje, od południa popija szampana, wieczory spędza w operze bądź na otwarciach galerii sztuki, ewentualnie w nocnych klubach. Sytuację kobiet, które wolałyby jednak pracować ratuje nieco dom mody Celine, od czasu do czasu zainteresuje się nimi Stella McCartney (niestety, nie w tym sezonie). Oczywiście nie ma w tym nic złego, jest cały ogrom wspaniałego a mówię o tym, ponieważ z mojego prywatnego punktu widzenia to właśnie najbardziej wyróżnia ofertę paryskiego Tygodnia Mody.

Jeżeli idzie o obserwowalne tendencje, podobnie jak w NYC i Londynie pojawiło się wiele cytrusowych, jednobarwnych zestawów, widoczny był wysyp bieli, pastele natomiast wystąpiły w duecie, ograniczając się do barw zarezerwownych dla niemowlęcych pokoików:

Galliano/Chanel/Valentino/Alexis Mabille/Costume National; photos via Style.com

Chanel/MiuMiu/McQueen/Valentino/Chloe; photos via Style.com

Swój bardziej stonowany (kolorystycznie) moment miała tendencja „nadmuchanych” proporcji:

Balnciaga/Dries van Noten/L.Vuitton/Celine; photos via Style.com

Pewien zauważalny już w NYC trend obniżający stan nie tylko sukienek ale także zestawów góra/dół uwypuklił się właśnie w Paryżu:

G.Valli/Dries van Noten/Chloe/Celine; photos via Style.com

Pokazy pełne były różnego rodzaju „wycinanek”, rozcięć i pozbawień. Najliczniej reprezentowane były extra-głębokie dekolty:

E.Ungaro/McQueen/Hakaan/P.Rabanne/Balmain; photos via Style.com

i braki jednego rękawa:

S.McCartney/Balenciaga/Hermes/S.McCartney; photos via Style.com

Ponownie pojawiła sie również na paryskich wybiegach wojowniczka przyszłości (u której w sposób całkiem organiczny wypatruję pojawienia się w ramach akcesoriów jakiegos rodzaju broni z klasą, tres chic, znaczy się):

Mugler/P.Rabanne/I.Marant; photos via Style.com

Poza tym: obejrzeliśmy ostatnią kolekcję Marca Jacobsa dla LV oraz debiutancką kolekcję Kayne West ( która, nie całkiem nieudana choć trochę toporna i wtórna, zatoczyła niemałe koło i dziwnym trafem wylądowała w Paryżu, choć „projektant” nowojorski znalazł sobie „inżynierów” w Londynie). Oraz: ADR zaprezentowała nam swoją słynną czereśniową opaskę w wersji „wild life” ;)

Modny Tydzień, część 2 – Londyn

Londyński Tydzień Mody to festiwal różności, szczególnie jednak różności od tego co dzieje się na scenach starszych, mniej poszukujących zadośćuczynienia za wieki całe surowych restykcji odzieżowych, których Brytyjczycy nie mogą nie pamiętać. To obserwacja kierunku w którym podąża jedna z najbardziej prestiżowych szkół projektowania odzieży — Central St. Martins, która jako jedna z niewielu nie zjada jak dotąd własnego ogona. Do Londynu zjeżdzają po wiedzę i umiejętności w tej dziedzinie adepci z najdalszych części świata i tę różnorodność  u źródeł widać jak na dłoni.

Marki odzieżowe prezentujące się w Londynie nie są tak zamożne jak te nowojorskie, mediolańskie czy paryskie, stąd nie zobaczymy tu na każdym pokazie czołówki światowego modelingu ( w niektórych przypadkach należałoby sie z tego akurat cieszyć, przyjemnie jest obejrzeć pokaz lub dwa nie musząc patrzeć na niefortunny krok Arizony Muse, np),  część prezentacji nie sprawdzi się w „prawdziwym świecie”, ma także niewielkie szanse na czerwone dywany. Na pewno wiadomo natomiast : IT’s QUITE OK TO LOOK A BIT CRAZY in LONDON

Vivienne Westwood/Meadham Kirchhoff/Louise Grey; photos via Vogue.com

W dziedzinie druku na tkaninach projektanci londyńskiego Tygodnia Mody zwrócili się w stronę Art Nouveau, esówfloresów nieco meblarskich i architektonicznych:

Peter Pilotto/Jonathan Saunders/Matthew Williamson; photos via Vogue.com

Nie zabrakło digiprintów, te natomiast pojawiły się w towarzystwie form „nadmuchanych” w najmniej oczekiwanych rejonach:

Peter Pilotto/Louise Grey/Mary Katrantzou; photos via Vogue.com

Pojawiały sie tu i ówdzie kolory wprost z drzewa cytrusowego, tak popularne w trakcie nowojorskiego Tygodnia Mody, niemniej — królowały najróżniejsze odcienie niebieskości:

J.W.Anderson/Roksanda Ilincic/Richard Nicoll/J.W.Anderson; photos via Vogue.com

W kategorii mikrotrendów, po pierwsze — coś o czym marzę odkąd pamiętam — zdekonstruowany kardigan (czyli coś dzianego, zapinanego na guziki, tylko przekrzywionego i w ten właśnie sposób dopasowanego do ciała, które zdecydowało się toto nosić ;)

Pringle of Scotland/J.W. Anderson; photos via Vogue.com

Po drugie trend, którego pierwszy zwiastun zaobserwować można było w NYC (stąd nielondyńska część tego tryptyku, Proenza Schouler), a który cieszy moje proste i niedzisiejsze serce — wyplatanki, ze skóry i rafii, czasochłonne rzemiosło, któremu tak niewiele poświęca się dziś czasu:

Burberry Prorsum/J.W. Anderson/Proenza Schouler; photos via Vogue.com

Modny Tydzień, część 1 — Nowy Jork

Nie mam pojęcia ile z tego, co mi osobiście zapadło w pamięć zostanie zauważone w podsumowaniach istotnych pism modowych. Nie wiem czy moje spostrzeżenia nie są odosobnione, poza tym rozpatrywanie trendów sezonu na podstawie wyłącznie tygodnia nowojorskiego może wydawać się przedwczesne. Niemniej, nowojorski rynek mody z całym swym finansowym rozmachem i specyficzną estetyką wydaje się być osobny wystarczająco, by już na jego podstawie wyciągnąć pewne wnioski na temat tego, co będziemy nosić w sezonie wiosenno-letnim 2012. Nie wszyscy, nie wszędzie zastosują się do wytycznych nowojorskich projektantów, niektórych będzie natomiast widać wyraźnie na popularnych blogach w okolicznościach codziennych, jako że moda rodząca się w Nowym Jorku jest w ogromnej mierze właśnie użytkowa.

Podczas gdy inne tygodnie mody „osobność“ poszczególnych kolekcji wydają sie uważać za porządaną, nowojorskie pokazy sprawiają wrażenie melodii wyśpiewywanych jeżeli nie unisono, to przynajmniej dość zgodnym chórem. Dla nowojorskiego rynku szczególnie istotna jest sprzedaż produktu końcowego, toteż uzgodnienie dominującj sylwetki sezonu (koniecznie odmiennej od tej dominującej w poprzednich sezonach), gamy kolorystycznej (w stosunku rewolucyjnym bądź ewolucyjnym do tych z kilku poprzednich sezonów) czy najbardziej porządanej tematyki druku na tkaninach jest kluczowe. Rynek profesjonalnych wróżbitów trendów (trend forecasters) jest tu świetnie rozwinięty i służy własnie temu – podejmowaniu decyzji w sprawie kierunku, w którym podąży lokalny rynek mody w kolejnym sezonie by umożliwić jak najwyższe wyniki sprzedaży. Jeżeli długości maksi i mini dominowały ostatniego sezonu, trendem nowego musi zostać ogłoszona długośc midi, bo własnie jej brakuje jeszcze w szafach fashionistek. Jeżeli generalna tendencja retrospektywna ostatnich sezonów oscylowała wokół okresu rewolucji seksualnej (liberalnie i kosmopolitycznie rozłożonej na lata 60te i 70te) następstwem musi być nieco bardziej restrykcyjna lub wręcz aseksualna sylwetka. Wszystko to doprawione użyciem najnowszej generacji technik produkcyjnych (laserowe wycinanki w skórze) i inżynieryjnie dopracowanych surowców (elastyczne skóry zwierzące, przepuszczający powietrze plastik a nawet elastyczna, woskowana rafia jako surowiec do produkcji dzianin) sprawia, że chcemy czegoś zupełnie nowego, że potrzebujemy natychmiastowej zmiany, zwykle dwa razy do roku (cztery, w przypadku osób profesjonalnie związanych z modą, którym bycia nie-na-bierząco się nie wybacza).

W sezonie wiosenno-letnim 2012 nowojorscy projektanci zdecydowali się na odrobinę więcej luzu w okolicy talii niż to bywało ostatnio, co nie oznacza całkowitej rezygnacji z modeli z pasem w pasie, natomiast kilkusezonowy powrót talii osy mamy już za sobą (patrz: większość zdjęć). Nie podjęto zbornej decyzji w sprawie obwiązującej długości (wydaje się , że obowiązujące są wszystkie, najmniej widoczna na wybiegach była natomiat długość mini), spodnie wydają się wracać do swej opadającej na biodra, prostej formy, którą pamiętamy z lat 90tych,  jesteśmy natomiast ostrożnie przygotowywani na powrót do przyszłości :

Alexander Wang/Lacoste/Rodarte; photos via Style.com

Zabawa intensywnym kolorem skoncentrowała sie na barwach rodem z drzewa cytrusowego:

Reed Krakoff/Kimberly Ovitz/Jason Wu/J.Mendel/ Derek Lam; photos via Style.com

Nowością przyszłego sezonu będą natomiast letnie (temperaturowo) połączenia pasteli:

DvF/Jill Stuart/Ralph Lauren/Preen; photos via Style.com

I biel, wszędzie biel:

Philip Lim/Doo.Ri/Ralph Lauren/Kimberly Ovitz/Derek Lam; photos via Style.com

Także jako stopień gradientu szarości:

DvF/Rachel Comey/Marc Jacobs; photos via Style.com

Geometria. Niby kontynuacja trendu z poprzednich sezonów, jednak jakby na mniejszą skalę (dosłownie), stąd plasująca się estetycznie gdzieś w okolicach technologii ATARI:

Proenza Schouler/Alexander Wang/Jen Kao/Lacoste/BCBG; photos via Style.com

W zakresie druku na tkaninie pojawiły się też dwa mikrotrendy, ukwiecone garnitury:

ADAM/Cynthia Rowley/Prabal Gurung; photos via Style.com

oraz metaliczny nadruk z gigantycznymi kwiatami róży ( w tym ostatnim przypadku jestem pewna, że niemal identycznych druków było więcej, że pojawiały się także w innych kolekcjach, niestety, do reszty nie udało mi sie dokopać. komu się uda– proszę dać znać!)

L'Wren Scott/Isaac Mizrahi; photos via Style.com

Wszystkich serdecznie zachęcam do podzielenia się tym, co sami zauważyli dotąd na wybiegach!

Uncommon Objects

na samym końcu świata (Austin, TX), wszystko zdaje się zawracać do źródła.  w ponad 40stopniowym upale wszystko zwalnia bieg, trochę się leni, dość wcześnie zaczynają syczeć świeżo otwarte buteleczki (0.22l) niskoalkoholowego piwa, ładne kobiety wyglądają ładnie bez makijażu i manikjuru we wszystkich kolorach tęczy. nie zabijają sie również o marynarkę Armaniego, która właśnie zawisła na wieszaku w Salvation Army ( i jest wspaniała i kosztuje grosze). ładne kobiety (opalone, uśmiechnięte, wysportowane) chętnie za to odkupią od ciebie prawo do 80letniej pary botków, które nosić mogłaby mama w domku na prerii, a które to ty pierwsza zdjęłaś z półki.

bardzo jeszcze niewiele wiem o mieście do którego ostatnio  zwiozłam cały swój dobytek, żeby pobyć tu trochę. nie dało się jednak przeoczyć jednego oczywistego faktu: jest tu więcej sklepów vintage ( odzież, meble, gadżety różnego rodzaju) niż stacji benzynowych.  w większości z nich obok popularnych obecnie lat 70  ( i 50, 60, 80, 90, co tam kto woli) wiszą całkiem nieźle zachowane wiktoriańskie suknie „podwieczorkowe” i wieczorowe, można tam zdobyć również stuletnie płócienne botki „jak nowe” i całkiem nadające sie do noszenia a nawet oryginalny i kompletny indiański strój męski ( tu zaczyna sie drożyzna).

Uncommon Objects to pierwszy niezwykły sklep jaki odwiedziłam, który absolutnie podbił moje serce. Na przestrzeni prawie 400m2 naprawdę niezwykła przedmioty zaaranżowane są w dziesiątki niewielkich „pokoików”  tematycznych. jest pokój dziecięcy wiejski i burżuazyjny, jest pokoik krawcowej (z którego za opłatą 125$ wyniosłam całą belę impregnowanej bawełny w absolutnie wariacki druk papuzi, widoczną na ostatnim zdjęciu), jest pokoik łowczy i ten należący do kurtyzany pracującej w saloonie. z pokoiku jakiejś eleganckiej damy wykupiłam też mój pierwszy w życiu kapelusz, dzieło rąk Dolly Chopin, popularnej w latach 40tych zeszłego wieku kapeluszniczki z Dallas (wisi na lampie na przedostatnim zdjęciu).

wart obejrzenia jest FILM ze strony internetowej sklepu, warta śliny jest rozmowa z właścicielem UO jeżeli kiedykolwiek wiatry zawieją Was w te strony. Dla wszystkich miłośników westernów i miłośniczek Przeminęło z wiatrem oraz Domku na prerii — cudowne godziny zapomnienia o bożym świecie. Polecam.

 

 

UO Austin, TX

 

UO Austin, TX

 

UO Austin, TX

 

UO Austin, TX

 

UO Austin, TX

 

UO Austin, TX

przecudnej urody sukieneczki dla lalek, na wzrost zbliżony do Barbie i nieco pełniejsze kształty:

UO Austin, TX

 

UO Austin, TX

 

Dolly Chopin, mój pierwszy kapelusz

 

David&Dash for Cartier Mills vintage fabric

 

Pierwszy projekt papuzi: sukienka koszulowa z mandaryńskim kołnierzykiem z różowej skórki (tak na środku to ona, wyżej wymieniona skórka, akurat na mandaryński kołnierzyk wystarczy:)

wyprawa po Złote Równo.

przede wszystkim chciałam wyrazić swój zachwyt ( i dumę z powodu pozostawania malusią turbinką w procesie powstawania czasopisma) właśnie wyszedł nowy ( No 2) numer Ultra Zurnala, ze znakomitą sesją fotograficzną naszych rodzimych projektantów mody płci męskiej (oh, Maldoror!;), świetnym pantonownikiem i interesującym wywiadem z panią Bojańczyk, który to w sposób przedziwny rozczarowuje brakiem interesujących odpowiedzi (klisze, klisze, klisze!) na interesujące pytania zadawane przez Ultraski (no bo nie Ultrasów). wszystko to i sporo więcej tu:

ultracover2

przy tak zwanej okazji, a także dlatego, że wydaje mi się ten tekst wyjątkowo na czasie (co daje dowód moim wróżkarskim talentom, przynajmniej na własny temat;) podaję do poczytania tekst, który pisałam do pierwszego numeru Ultry, a któremu nie udało się wystąpić w żadnym z dotychczasowych numerów. szkoda żeby cała ta umysłowa gimnastyka poszła na marne. oryginalnie tekst nosił tytuł „gorzkie żale”, ale w sumie chciałabym podać go Państwu pod innym szyldem ( o ile oczywiście uda mi się namówić kogokolwiek do przeczytania tak długiego tekstu;).

Wyprawa po Złote Równo.

Początkowo jest łatwo. Dostajesz pierwszą robotę na planie zdjęciowym i dajesz z siebie wszystko. Nie wyszło najgorzej, dostajesza następną robotę. Też robisz za darmo, to w końcu jeszcze nie Vogue, nawet nie Nylon.  Pocisz się jeszcze kilka razy za pół darmo. Czy to już? Nigdy nie wiadomo. Twoje portfolio wygląda dobrze, no, nienajagorzej (z braku środków finansowych i publikacji nie masz jeszcze  w teczce zdjęć porównywalnych z tymi, które publikowane są w magazynach, ale wiesz – każde z nich przy odpowiedniej obróbce przeszłoby testy drukowalności). Masz nadzieję;  jest przecież tylu ludzi których talent został odkryty przez przypadek, bez koneksji, bez zaplecza innego rodzaju. TY przecież wiesz o co chodzi w modzie.

I tu następuje rozczarowanie. Ludzi znających się na modzie w porównywalnym stopniu z tobą są tysiące. Wszyscy spędzają popołudnia po pracy ( bądź nawet całe dni, jeżeli podjęcie pracy zarobkowej nie jest przymusem) na organizowaniu sesji fotograficznych w celu udowodnienia światu własnej kreatywności. Niektórzy znają miasto, inni mają przyjaciół w showroomach wystawiających przyszłe gwiazdy wybiegów.  A ty?

Ty masz tylko wizję świata mody rządzonego przez ciebie.

Nic straconego, w sumie. Możesz z łatwością podjąć się stażu u jednego ze znanych fotografów mody i urody ( o ile akurat nie masz na utrzymaniu rodziny,  o ile czynsz płaci się sam, czyli z rodzicielskiego lub innego, zewnętrznego budżetu). Zajmie TO twoje noce i dnie, co do tego nie ma wątpliwości, będzie TEMU towarzyszył ból w krzyżu (noszenie, przynoszenie, wynoszenie, przenoszenie z miejsca na miejsce) i ból duszy, która krzyczeć będzie : to przecież już wiem. To w końcu tylko trzy miesiące. Wytrzymasz, cokolwiek to może oznaczać. Wytrzymasz z nadzieją że (obiecane w ogłoszeniu) zatrudnienie i praca w upragnionym zawodzie przyjdą same. Przyjdą?

Podejmujesz pracę w sklepie internetowym. Tak, robisz TO, bo TO wybawia cię od pracy w restauracji, racja? Racja. Jest tylko trochę potu. Nic nadzwyczajnego. Fotografujesz te szmaty na które nie będzie cię stać jeszcze przez chwilę, upinasz je na całkiem martwym ciele manekina, rozkładasz na stole, życzysz sobie więcej szczęścia w przyszłości. I szczęście przychodzi. W całej rozciągłości szczęścia. Pożyczasz asortyment sklepu na własne potrzeby (oczywiście, to sytuacja idealna, w której pracodawcy ufają ci, wiedzą że prawie ci nie płacą, chcą się jakoś zrewanżować za te godziny niemal niewarte dziennego wyżywienia) i jesteś gdzie indziej, tę samą bluzkę którą dziś upinałeś/aś na manekinie – wieszasz na żywym mięsie.  

I tu kończy się wiedza empiryczna, zaczyna się gdybanie. Gdyby bowiem świat nagle, niewiedzieć czemu zaczął być przychylny tobie, twoje dalsze losy mogłyby stanowić materiał na jeszcze jedną bajkę dla grzecznych dzieci : ktoś orientuje się w sytuacji, zastanawia tylko przez jedną szklankę wina gdzieś na jednej z imprez na które uczęszczasz obsesyjnie ( jeżeli nie uczęszczasz, powiedzmy to sobie szczerze – twoje szanse są wątłe jak mięta dnia trzeciego w warzywniaku) i decyduje, że to właśnie ty stworzysz lookbook dle projektanta z projektem wypłynięcia na najbliższym nowojorskim (czy innym zacnym) tygodniu mody (sformułowanie faszyn łik brzydzi cię, nieodmiennie);

Jest jeszcze druga wersja wydarzeń.

TY wciąż życzysz sobie szczęścia ale lądujesz dokładnie tam gdzie szczęście oznacza posiadanie Landrovera i zapasów żywnościowych na pustynną burzę. Trudno, jest świetnie. Zajmujesz się sobą. Ćwiczysz jogę i płyniesz z prądem. Wracasz do odnawiania wiekowych mebli (nie antycznych, wiekowych), których znowu jest pod dostatkiem, nie isnieją bowiem supermodne sklepy ze starzyzną w których redaktorki mniej lub bardziej znanych pism lajfstajlowych (konia z rzędem temu, kto wymyśli istotny merytorycznie polskojęzyczny odpowiednik tego sformułowania!) zaopatrują swoje pokoje gościnne, sypialnie i wszystkie inne izby do których mógłby przypadkiem zajrzeć gość jednego z przesławnych, domowych przyjęć. W których wyrzucają pieniądze którymi mogłyby obdzielić wigilijnym obiadem wioski całe. Jest nawet jeszcze lepiej, tu gdzie cię zaniosło nie powstają wcale pisma lajfstajlowe, problem redaktorek jest wobec tego całkiem nieobecny.

Znajdujesz ten niebardzo na szczęście znany sklep z zabytkową modą. Najlepiej żeby był charytatywny, w takich zawsze uda się zbić cenę udając biedaka lub zwyczajnie nim będąc. Kolekcjonujesz. W pewnym momencie w twoim mieszkaniu na skraju pustyni nie ma już miejsca na wszystkie przedmioty które udało ci się obdarzyć miłością. Urządzasz przestrzeń garażu tym co nie zmieściło się w mieszkaniu (przemalowanym na pistacjowo nauczycielskim biurkiem z początku zeszłego wieku, bambusowym wieszakiem na ubrania, staruteńką, świeżo pobieloną szafą bez drzwi; w szafie wieszasz to, czego wiesz, że nigdy nie założysz a przecież nie szło nie brać). Otwierasz drzwi garażu dla odwiedzających. Propozycje kupna nadchodzą z lewej i prawej. Nie musisz nawet odprowadzać podatku, to przecież wyprzedaż garażowa.

Jest wiele sposobów na jakie sprzedać można własną miłość do mody. I nie ma w większości z nich niczego złego. A jednak „ jest ta jedna rzecz bezcenna w całym tym morzu bezguścia i układów: styl, własna, satysfakcjonująca ekspresja codzienności. Ot, fakt, że kiedy wkładasz wzorzysty płaszcz, wyszperany w second handzie, stajesz się nowym człowiekiem, przyjamniej na nadchodzący sezon jesiennej pluchy. Delikatna pepitka w oliwkowo różowej tonacji w połączeniu z fuksjowymi paskami na kaloszach dodają ci energii nieporównywalnie więcej niż filiżanka kawy i pozwalają beztrosko skakać po kałużach z własnym dzieckiem, po drodze z przedszkola.. Jakoś tak, myślę. Moda jest sztuką, sztuką użytkowania rzeczy.” – jak to zgrabnie ujęła moja  ówczesna wspólniczka w niezbrodni sprzedawania.

maybe next time, new york.

jestem sentymentalna. sentymentalizm cenię dość nisko. nie jest ( sentymentalizm) nawet w połowie drogi do mądrości. niemniej, muszę przyznać, tęsknię nawet za miejscami których nie znosiłam za dobrze. jednym z tych miejc był Nowy Jork.

od kilku dni cieszę się niezmiennie świetnym teksańskim latem, ładnym miastem i normalnością życia rodzinnego a wciąż rozmyślam nad tym jak nieznaczące będzie moje życie w tak powolnym środowisku. muszę przypomnieć, że to co najbardziej męczyło mnie w NYC to jego tempo życia        (nigdy, przenigdy nie można się było zatrzymać, trzeba było biec). obecnie, oczywiście, uprzyjemnia mi żywot słodkie lenistwo, jednak nie pozostawia mnie ono usatysfakcjonowaną. może musze sie znowu przyzwyczaić do czegoś nowego.

chciałabym podsumować mój nowojorski rok ( zabawne, wyprowadziłam się z miasta w rok i trzy dni później niz do miasta przyleciałam). ze szczególnym ( jeżeli nie jedynym) naciskiem na modę. niesamowite, że w tak niezwykłym mieście zrobiłam tak mało zdjęć i wiele z moich modnych eskapad pozostało nieudokumentowanych.

niemal rok temu wybrałam się sprawdzić, co wiedzą brooklynczycy o modzie i jej komercjalizacji. całodzinne seminarium , które odbyło się w ogródku jednego z brooklynskich bistro miało na celu doinformowanie mieszkańców brooklynu zajmujących sie modą ( często posiadających dyplomy projektantów odzieży z nowojorskich uczelni, głównie FIT), jak przekształcić kosztowne hobby w interes. można było dowiedziec sie (bardzo pobieżnie) jak aplikować o dofinansowania, gdzie wstawiać do butików mini-kolekcje, jak nawiązywac kontakty z blogerami i publikacjami online (ten ostatni temat wydał mi sie potraktowany bardzo naiwnie). a tak to wyglądało okiem uzbrojonym jedynie w hipstamatic camera:

pokaz "uzbrojonej" w czujniki dźwięku tuniki. dźwięk przekładalny jest w tym przypadku na zapalające się w różnych miejscach (odpowiednio do wysokości dźwięku) żaróweczki zatopione w kauczukowych panelach. cuda, dziwy.

gorący sierpniowy ( chyba) wieczór. sieć Target „ujawnia” wchodzącą do sklepów kolekcję w oknach hotelu Standard, Chelsea. oczywiście, w migotliwym pokazie kolorowych świateł (zainstalowanych w wszystkich pokojach na jednej ze ścian hotelu) kolekcja spada na bardzo daleki plan, kilka tysięcy Nowojorczyków bawi się za to świetnie  i , oh, jak modnie pozują do zdjęc fotografom, przez nieuwagę tylko stacjonując tuż pod znakiem:

target kaleidoscopic fashion spectacular 2010

target kaleidoscopic fashion spectacular 2010

target kaleidoscopic fashion spectacular 2010

;).

wrzesień upłynął pod znakiem nieudanych prób obejrzenia Nowojorskiego Tygodnia Mody z nieco bardziej bliska:

w kolejce po bilety, których nie było. Lincoln Center na dwie godziny przed otwarciem kas biletowych.

Lincoln Center, september 2010

Lincoln Center, september 2010

Lincoln Center, september 2010

 

z kilku wydarzeń zdawałam już relację na tym blogu, więc nie będę was zanudzać zdjęciami , które już publikowałam. przeskoczę od razu do wydarzeń w którym miałam okazję wziąć udział ostatnimi czasy a na relacjonowanie których nie starczyło mi czasu. kilka tygodni temu miałam okazję zaciągnąc sie do ekipy zdjęciowej brytyjskiego Vogue (oczywiście, brytjsko było niebardzo, załoga amerykańska raczej, dwie panie przyleciały z Londynu ze średniej wielkości szafą składająca się z egzemplarzy jesienno/zimowych 2011). modelowała Arizona Muse w zestawach „na babcię”, czyli wstrzemięźliwych, dekadencko nauczycielskich (o moją babcię mi chodzi;). dość smutne wydarzenie. wszycy na planie zdawali się walczyć z samymi sobą żeby nie zasnąć z nudów. jeżeli to właśnie zaczyna się dziać kiedy wchodzisz na poziom Vogue– ja optuję za małymi i radosnymi, emocjonującymi projektami w których uczestniczę na codzień. na co mi taki Vogue.

arizona muse na planie sesji UK Vogue

 

arizona muse na planie sesji UK Vogue

arizona muse na planie sesji UK Vogue

 

tuż przed wyjazdem wybrłam się natomiast do Metropolitan Museum na wystawę poświęconą twórczości Alexandra McQueena. wystawa zatytułowana Savage Beauty to świetnie zaaranżowane przeżycie, z mnóstwem atrakcji towarzyszących samym pracom McQueena. organizacja przestrzenna, oświetlenie, oprawa muzyczna i wreszcie „nauszny przewodnik”  w postaci cyfrowego odtwarzacza ze słuchawkami prezentującego wypowiedzi współpracowników projektanta (kapelusznika Philipa Treacy , obecnej dyrektor artystycznej marki Sarah Burton, m. in.) sprawiają, że zapomina się o 2 pierwszych godzinach w muzeum , spędzonych na staniu w kolejce do wejścia na salę wystawową. poza pracami McQueena można obejrzeć również buty i kapelusze zaprojektowane do jego pokazów, projekcje wideo ( także projekcję hologramu kate moss), symulacje efektów specjalnych z niektórych teatralnych pokazów McQ, wspaniałe maski manekinów ( inne dla każdej kolekcji, wszystkie zaprojektowane przez Guido) i może nawet cos o czym w tej chwili nie pamiętam. zaskakujące techniki wykorzystane przy produkcji ubrań (głównie ręczna dłubanina przy najdrobniejszych szczegółach) i opowieści „nausznego przewodnika” o wizytach Alexandra u dziennikarek brytyjskiej prasy modowej z reklamówkami pełnymi wspaniałych reacji — warte odcisków na palcach i piętach. oczywiście , nie wolno robić zdjęć a zdjęcia robione ukradkiem nigdy nie wychodza najlepiej:

McQueen w Met Museum

McQueen w Met Museum

McQueen w Met Museum. suknia z hologramu Kate Moss.

 

To chyba tyle.