Skip to content

maybe next time, new york.

06/04/2011

jestem sentymentalna. sentymentalizm cenię dość nisko. nie jest ( sentymentalizm) nawet w połowie drogi do mądrości. niemniej, muszę przyznać, tęsknię nawet za miejscami których nie znosiłam za dobrze. jednym z tych miejc był Nowy Jork.

od kilku dni cieszę się niezmiennie świetnym teksańskim latem, ładnym miastem i normalnością życia rodzinnego a wciąż rozmyślam nad tym jak nieznaczące będzie moje życie w tak powolnym środowisku. muszę przypomnieć, że to co najbardziej męczyło mnie w NYC to jego tempo życia        (nigdy, przenigdy nie można się było zatrzymać, trzeba było biec). obecnie, oczywiście, uprzyjemnia mi żywot słodkie lenistwo, jednak nie pozostawia mnie ono usatysfakcjonowaną. może musze sie znowu przyzwyczaić do czegoś nowego.

chciałabym podsumować mój nowojorski rok ( zabawne, wyprowadziłam się z miasta w rok i trzy dni później niz do miasta przyleciałam). ze szczególnym ( jeżeli nie jedynym) naciskiem na modę. niesamowite, że w tak niezwykłym mieście zrobiłam tak mało zdjęć i wiele z moich modnych eskapad pozostało nieudokumentowanych.

niemal rok temu wybrałam się sprawdzić, co wiedzą brooklynczycy o modzie i jej komercjalizacji. całodzinne seminarium , które odbyło się w ogródku jednego z brooklynskich bistro miało na celu doinformowanie mieszkańców brooklynu zajmujących sie modą ( często posiadających dyplomy projektantów odzieży z nowojorskich uczelni, głównie FIT), jak przekształcić kosztowne hobby w interes. można było dowiedziec sie (bardzo pobieżnie) jak aplikować o dofinansowania, gdzie wstawiać do butików mini-kolekcje, jak nawiązywac kontakty z blogerami i publikacjami online (ten ostatni temat wydał mi sie potraktowany bardzo naiwnie). a tak to wyglądało okiem uzbrojonym jedynie w hipstamatic camera:

pokaz "uzbrojonej" w czujniki dźwięku tuniki. dźwięk przekładalny jest w tym przypadku na zapalające się w różnych miejscach (odpowiednio do wysokości dźwięku) żaróweczki zatopione w kauczukowych panelach. cuda, dziwy.

gorący sierpniowy ( chyba) wieczór. sieć Target „ujawnia” wchodzącą do sklepów kolekcję w oknach hotelu Standard, Chelsea. oczywiście, w migotliwym pokazie kolorowych świateł (zainstalowanych w wszystkich pokojach na jednej ze ścian hotelu) kolekcja spada na bardzo daleki plan, kilka tysięcy Nowojorczyków bawi się za to świetnie  i , oh, jak modnie pozują do zdjęc fotografom, przez nieuwagę tylko stacjonując tuż pod znakiem:

target kaleidoscopic fashion spectacular 2010

target kaleidoscopic fashion spectacular 2010

target kaleidoscopic fashion spectacular 2010

;).

wrzesień upłynął pod znakiem nieudanych prób obejrzenia Nowojorskiego Tygodnia Mody z nieco bardziej bliska:

w kolejce po bilety, których nie było. Lincoln Center na dwie godziny przed otwarciem kas biletowych.

Lincoln Center, september 2010

Lincoln Center, september 2010

Lincoln Center, september 2010

 

z kilku wydarzeń zdawałam już relację na tym blogu, więc nie będę was zanudzać zdjęciami , które już publikowałam. przeskoczę od razu do wydarzeń w którym miałam okazję wziąć udział ostatnimi czasy a na relacjonowanie których nie starczyło mi czasu. kilka tygodni temu miałam okazję zaciągnąc sie do ekipy zdjęciowej brytyjskiego Vogue (oczywiście, brytjsko było niebardzo, załoga amerykańska raczej, dwie panie przyleciały z Londynu ze średniej wielkości szafą składająca się z egzemplarzy jesienno/zimowych 2011). modelowała Arizona Muse w zestawach „na babcię”, czyli wstrzemięźliwych, dekadencko nauczycielskich (o moją babcię mi chodzi;). dość smutne wydarzenie. wszycy na planie zdawali się walczyć z samymi sobą żeby nie zasnąć z nudów. jeżeli to właśnie zaczyna się dziać kiedy wchodzisz na poziom Vogue– ja optuję za małymi i radosnymi, emocjonującymi projektami w których uczestniczę na codzień. na co mi taki Vogue.

arizona muse na planie sesji UK Vogue

 

arizona muse na planie sesji UK Vogue

arizona muse na planie sesji UK Vogue

 

tuż przed wyjazdem wybrłam się natomiast do Metropolitan Museum na wystawę poświęconą twórczości Alexandra McQueena. wystawa zatytułowana Savage Beauty to świetnie zaaranżowane przeżycie, z mnóstwem atrakcji towarzyszących samym pracom McQueena. organizacja przestrzenna, oświetlenie, oprawa muzyczna i wreszcie „nauszny przewodnik”  w postaci cyfrowego odtwarzacza ze słuchawkami prezentującego wypowiedzi współpracowników projektanta (kapelusznika Philipa Treacy , obecnej dyrektor artystycznej marki Sarah Burton, m. in.) sprawiają, że zapomina się o 2 pierwszych godzinach w muzeum , spędzonych na staniu w kolejce do wejścia na salę wystawową. poza pracami McQueena można obejrzeć również buty i kapelusze zaprojektowane do jego pokazów, projekcje wideo ( także projekcję hologramu kate moss), symulacje efektów specjalnych z niektórych teatralnych pokazów McQ, wspaniałe maski manekinów ( inne dla każdej kolekcji, wszystkie zaprojektowane przez Guido) i może nawet cos o czym w tej chwili nie pamiętam. zaskakujące techniki wykorzystane przy produkcji ubrań (głównie ręczna dłubanina przy najdrobniejszych szczegółach) i opowieści „nausznego przewodnika” o wizytach Alexandra u dziennikarek brytyjskiej prasy modowej z reklamówkami pełnymi wspaniałych reacji — warte odcisków na palcach i piętach. oczywiście , nie wolno robić zdjęć a zdjęcia robione ukradkiem nigdy nie wychodza najlepiej:

McQueen w Met Museum

McQueen w Met Museum

McQueen w Met Museum. suknia z hologramu Kate Moss.

 

To chyba tyle.

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: