Skip to content

wyprawa po Złote Równo.

06/06/2011

przede wszystkim chciałam wyrazić swój zachwyt ( i dumę z powodu pozostawania malusią turbinką w procesie powstawania czasopisma) właśnie wyszedł nowy ( No 2) numer Ultra Zurnala, ze znakomitą sesją fotograficzną naszych rodzimych projektantów mody płci męskiej (oh, Maldoror!;), świetnym pantonownikiem i interesującym wywiadem z panią Bojańczyk, który to w sposób przedziwny rozczarowuje brakiem interesujących odpowiedzi (klisze, klisze, klisze!) na interesujące pytania zadawane przez Ultraski (no bo nie Ultrasów). wszystko to i sporo więcej tu:

ultracover2

przy tak zwanej okazji, a także dlatego, że wydaje mi się ten tekst wyjątkowo na czasie (co daje dowód moim wróżkarskim talentom, przynajmniej na własny temat;) podaję do poczytania tekst, który pisałam do pierwszego numeru Ultry, a któremu nie udało się wystąpić w żadnym z dotychczasowych numerów. szkoda żeby cała ta umysłowa gimnastyka poszła na marne. oryginalnie tekst nosił tytuł „gorzkie żale”, ale w sumie chciałabym podać go Państwu pod innym szyldem ( o ile oczywiście uda mi się namówić kogokolwiek do przeczytania tak długiego tekstu;).

Wyprawa po Złote Równo.

Początkowo jest łatwo. Dostajesz pierwszą robotę na planie zdjęciowym i dajesz z siebie wszystko. Nie wyszło najgorzej, dostajesza następną robotę. Też robisz za darmo, to w końcu jeszcze nie Vogue, nawet nie Nylon.  Pocisz się jeszcze kilka razy za pół darmo. Czy to już? Nigdy nie wiadomo. Twoje portfolio wygląda dobrze, no, nienajagorzej (z braku środków finansowych i publikacji nie masz jeszcze  w teczce zdjęć porównywalnych z tymi, które publikowane są w magazynach, ale wiesz – każde z nich przy odpowiedniej obróbce przeszłoby testy drukowalności). Masz nadzieję;  jest przecież tylu ludzi których talent został odkryty przez przypadek, bez koneksji, bez zaplecza innego rodzaju. TY przecież wiesz o co chodzi w modzie.

I tu następuje rozczarowanie. Ludzi znających się na modzie w porównywalnym stopniu z tobą są tysiące. Wszyscy spędzają popołudnia po pracy ( bądź nawet całe dni, jeżeli podjęcie pracy zarobkowej nie jest przymusem) na organizowaniu sesji fotograficznych w celu udowodnienia światu własnej kreatywności. Niektórzy znają miasto, inni mają przyjaciół w showroomach wystawiających przyszłe gwiazdy wybiegów.  A ty?

Ty masz tylko wizję świata mody rządzonego przez ciebie.

Nic straconego, w sumie. Możesz z łatwością podjąć się stażu u jednego ze znanych fotografów mody i urody ( o ile akurat nie masz na utrzymaniu rodziny,  o ile czynsz płaci się sam, czyli z rodzicielskiego lub innego, zewnętrznego budżetu). Zajmie TO twoje noce i dnie, co do tego nie ma wątpliwości, będzie TEMU towarzyszył ból w krzyżu (noszenie, przynoszenie, wynoszenie, przenoszenie z miejsca na miejsce) i ból duszy, która krzyczeć będzie : to przecież już wiem. To w końcu tylko trzy miesiące. Wytrzymasz, cokolwiek to może oznaczać. Wytrzymasz z nadzieją że (obiecane w ogłoszeniu) zatrudnienie i praca w upragnionym zawodzie przyjdą same. Przyjdą?

Podejmujesz pracę w sklepie internetowym. Tak, robisz TO, bo TO wybawia cię od pracy w restauracji, racja? Racja. Jest tylko trochę potu. Nic nadzwyczajnego. Fotografujesz te szmaty na które nie będzie cię stać jeszcze przez chwilę, upinasz je na całkiem martwym ciele manekina, rozkładasz na stole, życzysz sobie więcej szczęścia w przyszłości. I szczęście przychodzi. W całej rozciągłości szczęścia. Pożyczasz asortyment sklepu na własne potrzeby (oczywiście, to sytuacja idealna, w której pracodawcy ufają ci, wiedzą że prawie ci nie płacą, chcą się jakoś zrewanżować za te godziny niemal niewarte dziennego wyżywienia) i jesteś gdzie indziej, tę samą bluzkę którą dziś upinałeś/aś na manekinie – wieszasz na żywym mięsie.  

I tu kończy się wiedza empiryczna, zaczyna się gdybanie. Gdyby bowiem świat nagle, niewiedzieć czemu zaczął być przychylny tobie, twoje dalsze losy mogłyby stanowić materiał na jeszcze jedną bajkę dla grzecznych dzieci : ktoś orientuje się w sytuacji, zastanawia tylko przez jedną szklankę wina gdzieś na jednej z imprez na które uczęszczasz obsesyjnie ( jeżeli nie uczęszczasz, powiedzmy to sobie szczerze – twoje szanse są wątłe jak mięta dnia trzeciego w warzywniaku) i decyduje, że to właśnie ty stworzysz lookbook dle projektanta z projektem wypłynięcia na najbliższym nowojorskim (czy innym zacnym) tygodniu mody (sformułowanie faszyn łik brzydzi cię, nieodmiennie);

Jest jeszcze druga wersja wydarzeń.

TY wciąż życzysz sobie szczęścia ale lądujesz dokładnie tam gdzie szczęście oznacza posiadanie Landrovera i zapasów żywnościowych na pustynną burzę. Trudno, jest świetnie. Zajmujesz się sobą. Ćwiczysz jogę i płyniesz z prądem. Wracasz do odnawiania wiekowych mebli (nie antycznych, wiekowych), których znowu jest pod dostatkiem, nie isnieją bowiem supermodne sklepy ze starzyzną w których redaktorki mniej lub bardziej znanych pism lajfstajlowych (konia z rzędem temu, kto wymyśli istotny merytorycznie polskojęzyczny odpowiednik tego sformułowania!) zaopatrują swoje pokoje gościnne, sypialnie i wszystkie inne izby do których mógłby przypadkiem zajrzeć gość jednego z przesławnych, domowych przyjęć. W których wyrzucają pieniądze którymi mogłyby obdzielić wigilijnym obiadem wioski całe. Jest nawet jeszcze lepiej, tu gdzie cię zaniosło nie powstają wcale pisma lajfstajlowe, problem redaktorek jest wobec tego całkiem nieobecny.

Znajdujesz ten niebardzo na szczęście znany sklep z zabytkową modą. Najlepiej żeby był charytatywny, w takich zawsze uda się zbić cenę udając biedaka lub zwyczajnie nim będąc. Kolekcjonujesz. W pewnym momencie w twoim mieszkaniu na skraju pustyni nie ma już miejsca na wszystkie przedmioty które udało ci się obdarzyć miłością. Urządzasz przestrzeń garażu tym co nie zmieściło się w mieszkaniu (przemalowanym na pistacjowo nauczycielskim biurkiem z początku zeszłego wieku, bambusowym wieszakiem na ubrania, staruteńką, świeżo pobieloną szafą bez drzwi; w szafie wieszasz to, czego wiesz, że nigdy nie założysz a przecież nie szło nie brać). Otwierasz drzwi garażu dla odwiedzających. Propozycje kupna nadchodzą z lewej i prawej. Nie musisz nawet odprowadzać podatku, to przecież wyprzedaż garażowa.

Jest wiele sposobów na jakie sprzedać można własną miłość do mody. I nie ma w większości z nich niczego złego. A jednak „ jest ta jedna rzecz bezcenna w całym tym morzu bezguścia i układów: styl, własna, satysfakcjonująca ekspresja codzienności. Ot, fakt, że kiedy wkładasz wzorzysty płaszcz, wyszperany w second handzie, stajesz się nowym człowiekiem, przyjamniej na nadchodzący sezon jesiennej pluchy. Delikatna pepitka w oliwkowo różowej tonacji w połączeniu z fuksjowymi paskami na kaloszach dodają ci energii nieporównywalnie więcej niż filiżanka kawy i pozwalają beztrosko skakać po kałużach z własnym dzieckiem, po drodze z przedszkola.. Jakoś tak, myślę. Moda jest sztuką, sztuką użytkowania rzeczy.” – jak to zgrabnie ujęła moja  ówczesna wspólniczka w niezbrodni sprzedawania.

Reklamy
Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: