Przeskocz do treści

be FIT.

cały rok który przemieszkałam w NYC nie miałam jednego dobrego słowa do powiedzenia na temat tego miasta ( no, może poza pierwszymi kilkoma tygodniami zachłystu gęstością, różnorodnością, potencją), miasto mnie bolało jakkolwiek bym nie starała sie go pokochać. wiem w czym rzecz, nie jestem gąską, która nie rozpoznaje własnych lękow. NYC jest absolutnie nie do strawienia dla ludzi którym trudno przychodzi obniżanie standardu życia a którzy jednocześnie nie mają wielkiego talentu do zarabiania pieniędzy. myślę, że kochałabym NYC z całego serca, gdybym tylko potrafiła namówić pieniądze do spadania z nieba. nieduże sumy, symboliczne właściwie w porównaniu z tym, z czego żyje ogromna ilość sławnych nowojorczyków. a sławnych nowojorczyków nie brakuje, spotyka sie ich w sklepach spożywczych.

jest jedna rzecz za której Nowemu Jorkowi bębę zawsze wdzięczna — FIT NYU, czyli Fashion Institute of Technology Uniwerytetu Nowojorskiego. szkoła publiczna i niedroga ( dla zarabiających w Nowym Jorku prawych rezydentów miasta — wręcz śmiesznie tania) a prezentująca najwyższy poziom praktycznego nauczania. dostęp do nauki ma każdy, wystarczy zapłacić za kurs. ukończyć kurs jest za to nie tak łatwo. z 23 osób ( taki jest limit osbowy każdej klasy, taka jest ilośc sprzętu w każdym pomieszczeniu zajęciowym) z pierwotnej listy uczestników kursu do końca przetrwa 12-15. egzamin końcowy zda 10. to zdrowe współzawodnictwo. nikt nie jest wykluczony od początku. właściwie — jestem przekonana, że nauczyciele byliby szczęśliwi gdyby potrafili zapobiec „odpadnięciu” ponad połowy studentów podczas trwania zajęć. problem w tym że te zajęcia wymagają ogromu pracy. problem w tym , że to co profesor potrafi wyczarować w ciągu 3 godzin zegarowych zajmie początkującemu 12. problem w  tym , że wielu z początkowych studentów nie zdawało sobie sprawy z ogromu pracy jakiej wymaga stworzenie ubrania.

ja również nie zdawałam sobie sprawy. podobnie jak reszta myślałam — każdy może zostać krawcem. otóż nie. nie każdy. potrzeba do tego fachu szczególnego rodzaju wyobraźni, szczególnej cierpliwości, dokładności i umiłowania perfekcji. wielokrotnie ubolewałam nad własnym brakiem wyobraźni przestrzennej podczas ostatniego roku w szkole ( i byłam sobie w stanie poradzić godnie tylko z jednym kursem w semestrze, będąc jednocześnie mamą i pracując na pół etatu), im bardziej wściekła byłam na siebie tym bardziej próbowałam dociec w jaki sposób rzeczy zostały zrobione.

miałam znakomitych nauczycieli. profesor Linda Muglia (techniki krawieckie) i Karen Rippy (drapowanie) zafundowały mi najprzyjemniejsze ( i najbardziej okupione potem) doświadczenie edukacyjne w moim życiu ( i nie jestem w tej branży nowicjuszem, studiowałam w różnych miejscach, kręciłam sie tu i tam ;), jestem im bezbrzeżnie wdzięczna, za uświadomienie mi ciężaru pracy krawca ( i wszyscy projektanci, dizajnerzy  i inne gatunki mieszczą sie w tej kategorii). robienie mody nie jest proste.

pod spodem kilka zdjęć mojego projektu końcowego z ostatniego semestru i kilka innych prac które w jakiś sposób mnie ujęły. długo by tłumaczyć, na czym polegały warunki zaliczenia kursu. mogę powiedzieć jedno — żadne z nas, nowoczesnych ludzi, nie było szczęśliwe z powodu „princess line” ( nie mam pojęcia jak sie nazywa linia szwu przebiegająca przez sutek w języku polskim), którą wszyscy jak jeden mąż musieliśmy zastosować w naszych projektach. wszyscy byliśmy zdania, że to zbytecznie trudne ;) oh, i rękaw, wiele z nas nie chciało rękawa!

mundurki

nun & banana

te dwie propozycje muszę opisać : pierwsza z lewej wydaje mi się być kostiumem zakonnym z uwodzeniem w tle, ta z prawej jest dla mnie zupełnie nieświadomą kopią projektu „bananowego” Prady z zeszłego ( obecnego?) sezonu.

thomas ze swoją kiecą której mi nie chciał sprzedać

zdobienie w tradycji japońskiej

moja praca zaliczeniowa

moja praca zaliczeniowa : tył

Reklamy

pączkowanie.

jest kilka rzeczy , które zmieniła we mnie wyprowadzka z Polski, jedną z nich jest zapatrywanie na modę. i nie tę krótkoterminową, znaczoną nieograniczoną niemalże ilością trendów wysysanych z palca, na prędce, mających na celu systematyczne podnoszenie popytu na rzeczy których dotąd nie potrzebowaliśmy. prawdziwa moda to coś nieprzemijającego ( i zdaję sobie sprawę z dość niefortunnego nieistnienia w języku polskim odpowiednika słowa „fashion”, mamy tylko „modę”, która sezonowość nosi we krwi). to coś wartego kolekcjonowania.

obserwuję u siebie wiele uzależnień, ale żadne z nich nie jest tak silne jak uzależnienie od dawania schronienia niechcianym już wysokojakościowym ubraniom. moje zamiłowanie do ubrań z odzysku sięga pewnie początków liceum, w ostatnich latach  zaprzestałam całkowicie kupowania ” z pierwszej ręki”. moją szafą mogłabym obdzielić ze trzy inne modne panie o rozmaitych gabarytach, jako że nie kupuję wyłącznie we własnych rozmiarach. nie mogę przejść obojętnie wobec żadnego wartościowego i dobrze zachowanego przedmiotu. wciąż przybywa na półkach i wieszakach i ubywa w portfelu. nieduże sumy, często symboliczne w porównaniu do oryginalnych.

jestem kolekcjonerką ubrań.

w związku z moim niezaprzeczalnym hobby w postaci zdobywania niezwykłych przedmiotów minimalnym kosztem musiałam zacząć myśleć również o rozlicznych usprawiedliwieniach swojej rozrzutności (ubrania kupuję dlatego że są piękne, tanie i warte znacznie więcej niż za nie płacę — nie dlatego że są mi potrzebne, nawet nie dlatego że mogłabym je nosić). jednym z usprawiediwień zostało stylizowanie sesji fotograficznych. bardzo nie przepadam za fotografowaniem jednej rzeczy wielokrotnie ( zdarzyło mi się tylko raz, z jedna wspaniałą koszulą którejnie mam odwagi oddać lub sprzedać bo kocham ją bezgranicznie, ważne — nigdy nie miałam jej na sobie), dlatego wciąż zdobywam nowe i nowsze ubrania wobec których nie udało mi się przejść obojętnie. drugim usprawiedliwieniem jest prowadzenie sklepu, w którym odsprzedaję wszystko czego juz nie zamierzam używać, a używam wszystkiego bardzo delikanie;)

jestem niewolnikiem ubrań. muszę się w końcu do tego przyznać. ten rodzaj niewolnictwa jest dość znośny, zafundował mi nawet roczny pobyt w NYC, mieście niezgody i broni palnej na tle cynicznej wersji szczęścia z przesytu. oh, zapędziłam się. o tym następnym razem.

angel's flight LA (me by marcin oleszczyk)

Kala for Drywash.

Pamiętacie Karolinę (Kalę), która jakiś czas temu prezentowała ubrania ze sklepu LAexpress.pl na łamach tego bloga? Okazuje się, że nie tylko my zachwycamy się jej urodą i talentem do współpracy z kamerą. Docenił ją również zespół kastingowy przygotowujący kampanię promocyjną nowej na rynku marki oferującej odzież sportową, Drywash.

Do you remember Karolina (Kala) who modeled for LAexpress.pl some time ago? It seems like we’re not the only ones in love with her beauty and talent, as lately she became „the face” of new Polish sportswear brand, Drywash.

kala for Drywash

kala for Drywash

„Drywash to odzież sportowa, która łączy w sobie wygodę i najnowsze trendy w modzie (…) Nasze wartości produktowe to bogate wzornictwo, duża dbałość o detal i wykończenie, a także pogodzenie wysokiej jakości z rozsądną ceną.” Tak piszą o swojej ofercie producenci nowej linii odzieży taneczno-sportowej, będącej nowopowstałą odnogą organizmu, który znany jest już na rynku polskim za pośrednictwem marek odzieżowych Troll (marka, którą pamiętam jeszcze z czasów licealnych, a jestem już dośc wiekową osobą) i Top Secret ( młodsze rodzeństwo, którego oferta skierowana jest, paradoksalnie, do nieco starszej klienteli).

Przystępność cenowa i dobre gatunkowo surowce to główne atuty linii. Godne polecenia są przede wszystkim spodnie i bluzy, mniejszm entuzjazmem pozwolimy sobie obdarzyć topy, których praktyczność może nie spełnić oczekiwań rzeczywiście-aktywnych-fizycznie pań. Niemniej, poziom kampanii promującej linię jest świetny ( tu duża zasługa Macieja Kuci, fotografa rezydującego w Tokyo , którego więcej prac możecie obejrzeć na BLOGU), godnym polecenia (choć niemożliwym do bezpośredniego zlinkowania) jest film dostępny na stronie www marki (należy kliknąć na poruszający się obrazek)

„Drywash is a sportswear line that offers comfort along with the newest trends in fashion (…) Our values are : variety of designs, focus on detail and finishing as well as the coexistence of HQ and reasonable prices”. This is part of auto-description copied from the brand’s website. Drywash is a sister brand to Troll ( teen-fashion line I remember from my high school days, and I’m not that young, you know)  and a bit younger (but addressed to a bit more mature audience) Top Secret.

General affordability and some specialty fabrics are the most appealing qualities of the line. Recommendation worthy are  pants and sweatshirts, the tops might be slightly disappointing for the true athletes. The promotional campaign, especially the website is worthwhile, though (click on the motion-pic to start the video, too bad it’s not linkable), kudos to Maicej Kucia, the photographer, whos other works you may view HERE.

T Square

Nowojorska aura nie podpisuje długoterminowych umów. Prognozy pogody którym ufamy to te jutrzejsze, rzadziej oddalone o dwie doby, prawie nigdy trzydniowe. Mamy niewiele i patrzymy ze zdziwieniem na tych którym niczego nie brakuje. Jesteśmy niesolidarną słabością z której kiełkuje siła, a siła nie zawsze jest po naszej stronie. Zazwyczaj nie zbliżamy się do Times Square..

The New York weather does not sign any long term contracts. The forecasts we trust are for tomorrow, rarely the day after, hardly ever three days apart from now. We own not-too-much and tend to look surprised seeing those who suffer no deficiencies. We’re the weakness that gives birth to some strength,  just the strength is not always on our side. We usually don’t go near Times Square..

Anelisa by Chad Springer

A&A by Chad Springer

A&A by Chad Springer

A&A by Chad Springer

A&A by Chad Springer

Ayesha by Chad Springer

Ayesha by Chad Springer

 

photgraphs: Chad Springer

models: Anelissa & Ayesha

styling: Joanna Beckwith

Look into my Book of Winter 10/11 (video)

Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, czy LAexpress zdąży przed końcem zimy z zimowym lookbookiem, który zapowiadał juz wczesną jesienią — oto ON. Wprawdzie część ujętych w prezentacji ubiorów zniknęła już z półek sklepu, część wcale jeszcze się na nich nie znalazła — duma nie mniejsza jest wcale (biorąc pod uwagę trudne okoliczności przyrody z którymi zmagał się cały zespół biorący udział w przedsięwzięciu).

Przepiękne zdjęcia Karoliny Machowicz i dwie szczecińskie piękności wypełniające ubrania ze sklepu LAexpress.pl , wszystko to nie mogło przejść niezauważone, nawet jeżeli nieco się przeterminowało. Dziewczyny, dzięki wielkie!

(żeby obejrzeć wideo ze zdjęciami — kliknij na obrazek lub udaj się na LAexpress.pl, w obu przypadkach wybierz opcję HQ )

If there was anybody that doubted the existence of LAexpress’  Winter Lookbook that has been announced for the first time in the early fall — there IT is. Although few showcased items are sold already and other few never got to the store so far — the pride is no smaller (taking for granted all the circumstances that were making the endeavor less than possible).

Beautiful photographs by Karolina Machowicz and two Szczecin’s beauties filling the LAexpress’ offerings — it could not go unnoticed, even if the whole thing has gotten a little bit „past due”. Thank you so much, Girls!

(to view the lookbook video click the picture below, choose the HQ option)


photo: Karolina Machowicz

make up&hair: Sara Drabik

styling/production: Agata Dąbrowska

models: our own Agata Dąbrowska (also PetitPompon) & Michalina Wasilewska (Pola Ilowicz)

Szczęśliwego Nowego Roku/ Have a Happy New Year !!

natultralnie/natultrally.

W sieci obejrzeć można już premierowy numer magazynu Ultra Żurnal, przez wielu z nas wyczekiwany z niecierpliwością, przez każdego z innych powodów. Jedni pamiętali stare, lepsze czasy magazynu Dilemmas i brakowało im dawnego polotu dostępnej w sieci prasy modowej. Inni nie mogli doczekać się końca wykluwania pisma, w nieznośnej wręcz potrzebie wymierzenia pierwszego ciosu (bez względu na jego merytoryczną wartość).  Nerwowo przebierali nóżkami już pod zapowiadającymi blogowe artykuły (które z kolei zapowiadały pojawienie się właściwego magazynu) wpisy na fejsbukowej stronie Ultra Żurnala, uderzając w końcu w tekst, któremu żadne baty sie nie należały, więcej – był pierwszym zwiastunem „prawdziwego dziennikarstwa“ na blogu i napawał optymizmem tych, którzy czekali na pojawienie się magazynu w lepszej wierze. Było wreszcie między nami wielu tych, którzy mieli swój mały wkład w powstawanie pisma i jego prężnego bloga i wierzę, że znaczna większość z tych ostatnich ma z tego okresu przyjemne wspomnienia. Dziś pewnie jest dumna widząc efekty swojej pracy w okupionej potem państwa Koszów (i reszty ekipy Ultra) smacznej oprawie. Ewa Kosz (red. nacz.) zgodziła się odpowiedzieć na kilka moich pytań dotyczących procesu powstawania pisma (i nie tylko).

J.O.B: Praca dla ciebie to przyjemność (mówię to po kilku miesiącach dostarczania tłumaczeń (ang.) na Ultrablog i napisaniu dwóch tekstów, z których jeden przegrał wyścig do premierowego numeru z bardzo moim zdaniem słabym tekstem Bartka Rytkowskiego;). Traktujesz swoją niedochodową pracę poważnie, jesteś stanowcza ale traktujesz swoich współpracowników z dużą dozą empatii i szacunku. Własne błędy zauważasz sama, zanim jeszcze ktokolwiek zdąży ci je wytknąć. Nie idolizujesz innych, ale sama sobie też tego oszczędzasz. Jesteś bardzo profesjonalna biorąc pod uwagę warunki w których przyszło ci pracować (oczywiście, mam na myśli brak środków finansowych na przedsięwzięcie, które samo w sobie tanie nie jest). Gdzie się tego wszystkiego nauczyłaś?

E.K.: Miło, że ktoś tak odbiera moją działalność jako ultrażurnalistki. Po prostu szanuje swoich współpracowników i ich pracę. Być może to, że w swoim życiu pracowałam w wielu miejscach, nie zawsze na stanowiskach czy w miejscach o których się marzy – wzmocniło mnie ale i wyczuliło na innych.

Doświadczenia czysto dziennikarskiego nie posiadam – uczyłam się wszystkiego na własnych błędach. Wiele lat temu miałam przyjemność współpracy z pismem Hiro. Później pracowałam w agencjach reklamowych jako copywriter. Dopiero wymyślenie i wdrożenie w życie projektu Dilemmas Magazine nauczyło mnie wszystkiego, co wiem teraz o tworzeniu pisma na potrzeby internetu – chociaż oczywiście i stary Dilemmas i teraz Ultra Żurnal są pomyślane tak, aby łatwo adaptować je do wersji drukowanej. Mój pierwszy magazyn (mówię mój, bo mentalnie traktuję go jako swój pod względem kreatywnym, a także dlatego, że projektowałam go też z moim mężem i trochę w niego zainwestowaliśmy – to już historia) okazał się niezłą szkołą przetrwania – miałam okazję pracować w swojej wcześniejszej karierze zawdowej na planach zdjęciowych jako scenarzysta, copywriter, a nawet kilka razy jako kierownik produkcji, więc coś tam wiedziałam o organizowaniu sesji zdjęciowych. W DM organizowałam treściowo każdy numer z moją zastępczynią (byłyśmy świetnym teamem kreatywnym), produkowałam sesje (od ustawiania wszystkich spraw organizacyjnych po latanie z siatami napoi i jedzenia), stylizowałam je w duecie z moją współpracowniczką, uczestniczyłam po nocach w składzie magazynu, w ostatnich momentach przed publikacją sprawdzałam czy nie ostały się jakieś błędy, a w miarę upływu czasu nauczyłam się na tyle obsługi programu Indesign, że jestem teraz w stanie edytować teksty w Ultrze czy podmieniać zdjęcia. Człowiek – orkiestra… Bardzo eksploatujące półtora roku, ale i cenne pod względem zdobytego doświadczenia.

J.O.B.: Można o was powiedzieć, że jesteście firmą rodzinną. Nie dość, że najściślej współpracujesz z własnym mężem (Krzysztof Kosz, dyr.art.), to jeszcze niemal od początku (Dilemmas) pracujesz z tą samą grupą ludzi tworzących podstawowy zespół magazynu. Jak to się stało, że wraz z twoim „odejściem“ z Dilemmas zniknął z niego również trzon oryginalnie tworzący pismo?

E.K.: Większość ludzi z którymi miałam przyjemność pracować przy Dilemmasie została przeze mnie namówiona do uczestnictwa w tamtym projekcie na początku, część doszła w trakcie trwania mojej pracy przy nim. Część osób znam osobiście, spotykam się z nimi co jakiś czas, ufam im i lubimy się. Część znam jedynie wirtualnie, co nie zmienia faktu, że także nasze kontakty są przyjazne i w jakiś sposób zażyłe. Ale tak naprawdę trzeba by było zapytać ich, dlaczego ze mną chcą pracować. Trudno mi mówić w ich imieniu. Mam nadzieję, że lubią mnie i cenią tak samo, jak ja ich.

J.O.B.: Skąd czerpiesz wzorce? Jakie magazyny o modzie kolekcjonujesz a jakie kupujesz tylko czasami? Które czytasz tylko w internecie?

E.K.: Sama ultraidea jest unikalna, wynika z tego, czym się interesuje. Może to zabrzmi dziwnie, ale nie kolekcjonuje żadnych magazynów modowych typu Vogue. Kupuje polską prasę i co jakiś czas zasilam nią pobliski skład makulatury. Bardziej jestem skupiona na tym, co dzieje się na naszym podwórku, dlatego też tak zależy mi na wywołaniu dyskusji o stanie polskiej mody, tak aby wpłynąć na jej rozwój dopingująco.

W sieci moja prasówka przebiega chyba bardzo standardowo – Vogue amerykański i francuski, style.com, blogi modowe, Dazeddigital i Nylon. Nie jestem raczej oryginalna.

J.O.B.: Kto może liczyć na to ze przyjmiesz go do współpracy nad pismem, kogo odeślesz na nauki do kogo innego (co chwilę kiełkuje przecież nowe pismo onlajn) a komu zdecydowanie odmówisz? (oczywiście nie proszę o nazwiska, raczej o typy ludzkie)

E.K.: Jeśli ktoś w pierwszym kontakcie mailowym mnie zachwyci swoim portfolio, czy po prostu po ludzku napisze coś takiego, co przykuje moją uwagę to może liczyć na moją natychmiastową niemalże odpowiedź. Jeśli ktoś wyda mi się wartościową osobą, ale kompletnie z innej bajki, niż Ultra to jeśli będę mieć jakiś pomysł, gdzie powinien się zgłosić to pomogę. Nie lubię współpracować z pozerami, nieomylnymi i najmądrzejszymi wedle własnego mniemania osobami, którym brakuje odrobiny skromności czy pokory czy po prostu szacunku dla innych. I nawet miałabym kilka osób na myśli, ale… wymazuje ze swojego życia takie osoby.

J.O.B.: Widzisz jakąś konkurencję dla Ultra Żurnala w jego własnej kategorii wagowej i językowej? Które onlajn magazyny cię bawią, które śmieszą a które napawają grozą? Czekasz na któreś z niecierpliwością?

E.K.: Może to zabrzmi butnie (przed chwilą mówiłam o pokorze, ale jestem już dość stara, więc od czasu do czasu mogę chyba sobie na coś takiego pozwolić) – nie widzę jak na dzisiaj żadnej konkurencji dla Ultra Żurnal. Oczywiście jakieś projekty się pokazują (a raczej po Dilemmasie wyrastają jak grzyby po deszczu), obserwuję ich początki, ale w większości są to obce mi estetycznie i tematycznie twory. Subiektywnie przeraża mnie ze względu na miałkość tematów i tragiczną grafikę… Dilemmas, a raczej to co się stało z moją (i wielu innych osób) ciężką pracą. Ale to osobiste, czasami boli, dlatego nie mogłam sobie odpuścić i nie wspomnieć o tym. A na inne magazyny, które są teraz jedynie bytami fejsbukowymi z ciekawością czekam. Choć jestem przekonana (znów zbyt wielka pewność siebie), że są adresowane do innego czytenika niż nasz żurnal modowy.

You may already view the new Ultra Żurnal (eng.: Ultra Journal, translations of selected materials available on the blog) magazine, that many of us were waiting impatiently for, different reasons causing the impatience in some cases. Some remembered the good old times of Dilemmas Magazine and missed the quality in online fashion press. Some could not wait till the works on the issue number one were finished and started punching long before, commenting the facebook posts revealing consecutive blog entries, making a huge mistake aggressively attacking the material not at all deserving banishing critiques (actually the one that was promising the „real journalism“ in the magazine, for the first time). There was (amongst us) few who had a chance to contribute and I believe all of them have some really pleasant memories from the period of time that was tense but creative. They must be grinning now, seeing the results.

I asked the head editor of Ultra, Ewa Kosz, to answer couple of questions regarding the editorial process, but not only that.

J.O.B.: It was a pleasure to work for you (I’m saying it after few months of contributing as a translator (pol-> eng) for the blog as well as writing two pieces of my own, of which one lost in the run for the First Issue with pretty miserable text by Bartek Rytkowski;). You treat your pro-bono work seriously, you’re stern but showing a lot of respect to others. You see your own mistakes before anybody else has an opportunity to stick it into your face. There’s no room for idolizing anybody in your work, but you, too, are very humble and professional, taking for granted that the budget is tight, well, tied to the bottom. Where did you learn all of that?

E.K.: I’m really happy that some (you) take it this way. I simply respect my collaborators and their work. It might be that the fact I was not always having the „dream jobs“ in the „dream places“ made me tougher but also more sensitive.

I have no strictly journalistic experience –I‘ve learned everything from my own mistakes. Many years ago I had a pleasure to work on Hiro magazine, later I worked as a copywriter in the agencies. Dilemmas Magazine was what thought me all I know about creating the online magazine  (with an ease of print conversion, of course). My first magazine  (and I say „my“ because it was a brainchild of my husband‘s and mine, we’ve invested quite a bit of money in it) turned to be a boot camp. I worked earlier in my life on the movie sets as a screenwriter, copywriter as well as a production director, so I had some knowledge about the inner workings of the photo shoots. In Dilemmas I worked every angle of the issue (along with my co-editor, we used to be a great team), I produced the shoots (beginning with the logistics, ending with catering), styled them cooperating with my co-editor and went fishing for the forsaken misspells at the last minute. After a while I got comfortable enough with Indesign software to make significant changes in the issue as it goes. It was a very exhausting year and a half, but very fruitful, too.

J.O.B.: You might be called a family business, as majority of work is up to you and your husband ( Krzysztof Kosz, creative dir.), also, nearly from the very beginning (since early Dilemmas) you work with the same set of people, the core of  the publication/s. How did it happen that once you „left“ Dilemmas, the significant majority of your collaborators left with you to work on your new project?

E.K.: The majority of Dilemmas‘ crew was convinced by me to take their part in the journey from the very beginning, some joined us on the way.  Part of the team I know personally, the others only virtually, but it does not change the fact we like each other and have friendly relationships. But really, you’d have to ask every one of them what was the reason for them to keep working with me. I can only hope it’s because they, too, like me and respect me.

J.O.B.: Where do you go for inspiration? What fashion magazines do you collect, which ones do you buy only once in the blue moon and are there any that you wouldn’t bother reading if not online?

E.K.: I think the Ultra-Idea is unique, although it comes from my interests. It might sound queer, but I’m not a collector of any Vogue-type of magazine. I buy Polish fashion magazines and every once in a while I take all lot to the local recyclers. I’m more focused on what’s going on in my own playground so I pay a lot of attention to stirring some discussions on Polish fashion scene, to make it work even harder on getting better.

My reads online are not very original:  American and French Vogue, style.com, fashion blogs, DazedDigital and Nylon.

J.O.B.: who’s welcome to come and work with you on the magazine,who will you send to get the experience somewhere else (there’s a new online mag coming to life every minute, after all) and who will hear the short „no“ for an answer? (of course, I’m not asking for the names, rather the subspecies‘ characteristics)

E.K.:  The ones who’s portfolio struck me at the first sight or I’ve spotted some good material by them elsewhere – may expect prompt response from me. If I see the author and their work are worthwhile, but their profile doesn’t fit Ultra – I might suggest other places, I might even try to help them get there if it is within my power. Who definitely should not count on me? I’m not very fond of humbugs, the ones who believe they don’t make mistakes, whose personality shows no trace of modesty or they simply have no basic respect for others. I could probably throw few names in here, but.. I guess I forgot already.

J.O.B.:  Is there any competition for Ultra in the market right now, do you think? I mean – in its own weight and language category. Which online magazines amuse you and which do you find frightening? Are you waiting for some impatiently?

E.K.: I might sound a bit arrogant (as we speak of modesty, but I kind of think I’m old enough to afford myself some arrogance every now and then), but I see no competition for UŻ at the moment. Of course, there’re constantly some projects coming to life (in abundance, since Dilemmas), but majority of it all is completely foreign to me esthetically. Personally, I’m frightened by what happened to Dilemmas, to the hard work of all my collaborators and mine. Graphically it’s a disaster, essentially – shallow. But this is something very personal, painful, and I’m obviously taking an advantage of the fact you asked this question. On the other hand, there’s few magazines that are only facebook-beings so far, but I’d be curious to see what are they about, although, I believe they’re aiming at a different target than Ultra does.

you must not run.

Nowy Jork nie przyjmuje każdego z otwartymi rękami. Nowy Jork jest wybredny. Może mu nie spodobać się twój kolor włosów albo barwa głosu. Może nie zobaczyć nic romantycznego w drżeniu rąk, gdy patrzysz w oczy kolejnej szansie którą akurat zabiera ze sobą w dalszą drogę kto inny. Logiczne są tylko dwie postawy — zwarta, w biegu lub w gotowości do biegu, i ta, która każe poruszać sie zawsze z półotwartymi oczami, w poczuciu pewności, że i tak jest się już spóźnonym więc pośpiech na nic się nie zda. Chciałabym kiedyś dorosnąć do tej drugiej.

New York is not overwhelmingly welcoming. New York is picky. It might not like your hair color or your voice pitch. It might overlook romanticism in your hands trembling when you see your chance lifted away by somebody else. There’s two logical ways to be — running or ready to run, in the blocks/with your eyes always half shut, knowing there’s nothing to rush to, as you’re already late. I wish I grew up to the latter one. Some day.

jennifer by hannah mooy

jennifer by hannah mooy

jennifer by hannah mooy

jennifer by hannah mooy

jennifer by hannah mooy

jennifer by hannah mooy

jennifer by hannah mooy

jennifer by hannah mooy

Powyżej — sesja która powstała około miesiąc temu w jednym ze studiów fotograficznych Parsons The New School for Design. Nie mam pewności czy pani fotograf byłaby zachwycona moją interpretacją tych fotogafi (spędziłam leniwą niedzielę abwiąc się fotoszopem) ale tak właśnie wyobraziłam sobie młodą nowojorską dziewczynę, której się nie spieszy. Jeżeliby dać wiarę Oskarowi W., „są tylko dwie rzeczy warte posiadania: młodość i uroda”. Nowy Jork trzyma z Wilde’m.

Above — photo shoot that took place about a month ago in one of the Parsons The New School for Design’s studios. I’m not entirely sure the lady photographer would be happy with my interpretation of her work ( I spent a lazy Sunday fooling around with Photoshop) but this is how I imagined a New Yorker who’s decided not to take part in the race. If you believe Oskar W. „there’s only two things worth having: youth and good looks”. New York is with Mr. Wilde.

credits:
hannah mooy – photographer
jennifer becker – model
oana dinculescu – makeup artist
me – wardrobe stylist
all photos rendered by me